Szkoła to na szczęście nie tylko lekcje. To też okazja na przeżycie czegoś fajnego w gronie zaprzyjaźnionych ludzi lub chociażby znajomych. A najlepiej, to nawet nie w szkole, tylko na wycieczce.
Całe życie nauczycielskie bardzo lubiłem organizować takie wyjazdy. Czy to bliskie rowerowe wokół Tychów, czy to dalej w góry lub do jakiegoś miasta. Czasem organizowałem dla uczniów, czasem dla piłkarek ręcznych, czasem dla nauczycieli. Nigdy nie skorzystałem z usług biura podróży, bo i po co, skoro można samemu mieć radochę z przygotowań, a i koszty są niższe. Z czasem wypracowałem sobie listę ulubionych miejsc, bazę noclegów i kierowców autokarów, którzy mnie znają i wystarczy jeden telefon… Muszę pomyśleć, czy da się z takiej organizacji imprez, zrobić dodatkowy dochód na emeryturze, bo dziś czasy takie, że wielu zarabia na takich pomysłach, które ja od lat realizowałem za darmo. Może czas na zmiany mojego myślenia w tym zakresie. Ha! Potrzebujesz pomocy w organizacji imprezy dla klasy – dzwoń! 🙂 🙂 Tanio pomogę 🙂 🙂
A jak już jechać, to co najmniej na dwa dni i z klasą, którą chce się lepiej poznać. W końcu na lekcjach to nauczyciel ma statystyczne niecałe 3 minuty dla jednego ucznia i nie poszalejesz. Kontakt z uczniami nie w ramach nauczanego przedmiotu, uczenie ich samodzielności, ale też umiejętności współpracy, wzajemne poznawanie się – gdy już przejdę na emeryturę, tego będzie mi najbardziej brakowało. A tymczasem za mną chyba ostatnia moja wycieczka z klasą, w której byłem wychowawcą – 6d.
Wycieczka troszkę pożegnalna, dla uczniów, którzy tworzyli jeden zespół od przedszkola, bo w przyszłym roku rozejdą się do klas dwujęzycznych i ogólnych, a i wychowawca się zmieni.
Wycieczka jako pierwszy punkt planu miała zwiedzenie z przewodnikiem Jasnej Góry. Oczywistym celem było poznanie historii tego miejsca i zabytków, ale też zapewnienie sobie dobrej pogody i powodzenia na resztę wycieczki. W tym celu, nawet ze dwie osoby poszły pomodlić się pod święty obraz, gdy inni, zamęczeni godzinnym zwiedzaniem, odpoczywali na ławeczkach. Nie wszyscy mieli potrzebę zobaczenia najważniejszego miejsca pielgrzymek w Polsce, o modlitwie nie wspomnę. Cóż takie czasy i „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – wole o tym nie myśleć i cieszyć się wolnością i tolerancją, i obserwować ile dobrego te nowoczesne poglądy i zachowania dadzą światu.

Tuż obok Jasnej Góry znajduje się Muzeum Górnictwa Rud Żelaza i żal byłoby tam nie zajrzeć. Dlatego w ekspresowym tempie udaliśmy się na „szychtę” do imitacji kopalni.

Pobyt w kopalni zaostrzył apetyt, więc wprawdzie bez zaplanowania, ale zjadło się żurek z jajkiem w restauracji obok której przypadkowo przechodziliśmy. Trzeba reagować na potrzebę chwili.
Po drugiej stronie miasta znajduje się dawna fabryka zapałek, którą wyróżnia to, że w niej znajduje się najstarsza na świecie pełna linia produkcyjna. Tu spotkaliśmy pasjonatów, który społecznie się nią opiekują i opowiadają, jak to było gdy w niej pracowali. Budynek w ruinie. Osobiście jestem tu po raz trzeci i trzeci raz słyszę, jak to prominentni politycy, samorządowcy, obiecują kasę, a nadal nic się nie dzieje. A szkoda. Złomowi ekolodzy już czekają – aby maszyny zutylizować. A i pewnie jakiś zainteresowany deweloper by się znalazł. Tak na naszych oczach dogorywa cudo techniki…


Około 14 opuszczamy Częstochowę i jedziemy do Olsztyna. Tutaj zwiedzamy ruiny zamku. Widać ślady powolnej odbudowy murów. Akurat tym nie wiem czy się cieszyć, bo mile wspominam te dawne moje wędrówki po jurajskich ruinach, takich opuszczonych, niezagospodarowanych… Dziś wszystko na Jurze powoli zostaje ogrodzone, a turyści uszczęśliwieni możliwością zapłacenia za wejściówkę. Komercja i kapitalizm – takie tam hasła przychodzą mi do głowy.

W Olsztynie mamy jeszcze dodatkowy czas odpoczynku, gdy wychowawca pól godziny zwiedza „sklep z owadem w nazwie”, kupując produkty na obiadokolację i śniadanie.
Dalej przejazd i zakwaterowanie w Szkolnym Schronisku Młodzieżowym w Siedlcu, gdzie pół grupy zabiera się do przygotowania posiłku. Ktoś przygotowuje piersi kurczaka, ktoś go smaży. Ktoś kroi warzywa, a ktoś gotuje ryż. Ostatecznie wszyscy spotykamy się na pysznym posiłku, który sami sobie przygotowaliśmy – warto było ćwiczyć na lekcjach techniki. Naprawdę warto, bo łączny koszt obiadu i śniadania jest porównywalny do miseczki żurku z Częstochowy. A że przy okazji realizowany był program nauczania techniki, to i oceny zostaną wpisane do dziennika- oczywiście bardzo dobre.

Po posiłku chwila odpoczynku i gra terenowa. To też jeden z punktów, który od czasu, gdy organizowałam obozy sportowe polubiłem (mam satysfakcję, gdy się angażują w grę jaką sam wymyśliłem). Podzieleni na trzy grupy uczniowie oddali dużą porcję energii, z tego, co po całym dniu aktywności, jeszcze pozostało. Później przygotowanie do snu i wieczorne rozmowy w pokojach. Czas „wyciszenia”.
Ale nie zasypiamy od razu, bo jeszcze ponad 2 godziny oglądania oscarowego filmu „Za wszelka cenę” (film, który mnie wzrusza, a mam nadzieję, że może też motywować) Nie wszyscy dotrwali do końca i część poszło wcześniej spać. Byli też tacy, którzy aby zasnąć (po 1 w nocy) potrzebowali jeszcze kilka serii przysiadów wzmacniających potrzebę zaśnięcia w ciszy. Śpimy. Generalnie nigdy nie miałem problemów z nocnym spaniem podczas wycieczek. Grunt to odpowiednie przygotowanie dzieci i rodziców, czyli rozmowy i jasne wskazanie, jakie będą konsekwencje, gdy ktoś będzie nam uprzykrzał nocny wypoczynek. Dobrze działa umowa, że wszyscy odpowiadają za siebie w pokoju i gdy słychać rozmowy w pokoju to robią przysiady. Za każdym moim wejściem o połowę więcej. Oczywiście mają też w głowach, że jak mi się sprzeciwią, to już więcej ze mną nie pojadą, a i wiele innych przykrości „w podzięce” na nich spadnie. Nie opłaca się. Oczywiście nie jestem tak naiwny, aby wierzyć, że cisza oznacza, że wszędzie śpią. W końcu nigdy nie zabierałem uczniom telefonów i mogą sobie pisać, czego ja nie widzę i nie słyszę. Ale czyż nie chodzi właśnie o to, aby było w nocy cicho i spokojnie?
Rano, o 7:00 wstajemy i druga grupa zabiera się za przygotowanie śniadania. Są grzane kiełbaski, są kanapki z serem i szynką, są pomidory z cebulką, a nawet dżem wiśniowy. Brzuszki pełne, humory i pogoda dopisuje, więc udajemy się na pobliską Pustynie Siedlecką. Słyszeliście o takiej? Dużo piachu i potężna reprymenda dla osób, które znalazły sposób, aby nawet na pustyni siać zniszczenie. Oczywiście to nie ich wina, że betonowe bloki nie miały fundamentów w piasku. Ciśnienie mi podskoczyło niesamowicie, gdy wyobraziłem sobie czyjąś nogę pod czymś takim i co ze mną zrobiłaby inkwizycja z kuratorium. A co później rodzice, na cywilnych rozprawach o odszkodowanie. Jak widać na wycieczce nie może być czegoś takiego jak zaufanie i wiara w rozsądek dzieci. I jak się to ma do poprzedniego akapitu o nocnym spaniu? A no zwyczajnie: nie ma ryzyka, nie ma zabawy. A odpowiedzialność jest 24 godziny na dobę i opiekun nie musi spać.

Wracamy i opuszczamy schronisko. Przed nami najbardziej ekscytujący punkt wycieczki – spływ pontonowy. Jest cudownie, słonecznie, spokojnie, sielsko, ptaszki śpiewają…, a raczej byłoby tak, gdyby nie krzyki osób napadniętych przez pająki i inne owady. A napadały licznie, gdy ktoś wpłynął w krzaki nadbrzeżne, co nie było rzadkością. Dwie godziny i tylko jeden ponton przebity. Ostatecznie dajemy radę dopłynąć do końca. Uff.

Zasłużyliśmy na pizzę w Lelowie. Lelów to taka miejscowość znana z grobu żydowskiego cadyka, czyli takiego żydowskiego świętego mędrca. Odwiedzają ten grób, prawie jak my Jasną Górę. Dlatego w Lelowie czasem można spotkać tysiące żydów, chociaż żaden tu już od wojny nie mieszka. Lelowianie niechlubnie pomogli im podjąć decyzję o przeprowadzce do obozów, na „tamten świat” lub na przykład do Jerozolimy.
W drodze powrotnej wspinamy się na jedną z najładniejszych skał na Jurze – Wielki Okiennik. Trochę niebezpiecznie, ale jesteśmy bardzo ostrożni. Żyjemy i jesteśmy cali. Znów się udało. No i tyle.

W Tychach jesteśmy zgodnie z planem tuż przed 18. Było cudownie i szkoda, że tak szybko się skończyło. Fajna ta moja klasa była. Kolejne wycieczki będą już w innym składzie. O ile jeszcze będą.
Jako nauczyciel czuję się spełniony. Po takich dwóch dniach odpracowałem 35 godzin opiekowania się nastolatkami, zamiast 10 lekcji, jakie miałem w tym czasie mieć w szkole. Nikt nie zginął, nie został kaleką, chociaż mogłoby i tak być. Udało mi się wszystko ogarnąć. Zebrałem słowa podziękowań. Czy było warto?
Na pewno było, powiedzą liczni obserwatorzy. W końcu nauczyciel za nic nie płacił i to przywilej, że mógł sobie wyjechać na koszt dzieci.
W końcu ma 40 godzinny tydzień pracy, jak wszyscy, więc niech zasuwa za dni, gdy jest krócej w szkole.
W reszcie, skoro nie potrafi nic lepszego w życiu robić – trzeba się było uczyć i pracować odpowiedzialnie np. w korporacji lub jako mechanik samochodowy, a nie bawić się z dziećmi. No jak tak czasem przeczytam sobie takie komentarze w mediach społecznościowych to… nabieram motywacji do… Jak myślicie czego?


