Bałkany 2025

Jak streścić opis dwóch tygodni tej podróży motocyklem po Bośni i Hercegowinie, Czarnogórze, Albanii, Kosowie, Bułgarii, Turcji, Rumunii, Mołdawii, Słowacji i Polsce tak, aby potencjalny czytelnik nie odpadł w połowie drogi? Każdy kraj, a nawet każdy dzień, mógłby być osobną opowieścią. Już i tak oddzieliłem pielgrzymkę „Iskry Miłosierdzia” do Medjugorie, która była jakby duchowym, tygodniowym, wstępem do tej dalszej podróży (opisana w poprzedniej relacji).

Generalnie zaczynając od podsumowania powiem, że nie polecam takiej wyprawy i nie zachęcam motocyklistów do jazdy w góry Albanii, Kosowa czy Macedonii. Jedźcie raczej na Transfogarską czy Transalpinę. Nie jedźcie do Turcji, Albanii, Mołdawii czy Ukrainy, bo to bardzo niebezpieczne, a ludzie straszni. Jeżeli już, to samolotem do najdroższych hoteli i dużych miast. Te inne opcje zostawcie mi, bo ja tam jeszcze wrócę i nie chciałbym oglądać tych miejsc zapchanych turystami, czy motocyklistów na każdym skrzyżowaniu. Zachłannie powiem: mój ci ten świat tak prosty, piękny, zwyczajny i niezadeptany.

A z Medjugorie w Bałkany wyruszyłem moją Yamachą TDM razem z Markiem z Pszowa na Yamacha Tracer. Pierwszy dzień to przejazd przez kraje, które już kiedyś odwiedzaliśmy: Bośnie i Hercegowinę oraz Czarnogórę, z zamiarem szybkiego dotarcia do miasta w Albanii zwanego Szkodrą.

A precyzyjniej na znane nam, wyjątkowo luksusowe i tanie, pole campingowe (https://www.lakeshkodraresort.com/). Gdyby Marek miał więcej czasu, to pewnie pomyślelibyśmy o nacieszeniu się Czarnogórą bardziej, bo kraj ten ma cudowne trasy przez góry Durmitor czy nad wąwozem rzeki Tara – nie byłeś tam motocyklem, to żałuj.
Po dojechaniu na miejsce, szybkim rozłożeniu namiotów, relaks w ciepłej wodzie Jeziora Szkoderskiego i jeszcze wieczorna wyprawa do ruin Zamku Rozafa, z którego podziwialiśmy panoramę miasta Szkodra i całej okolicy. A po powrocie na camping jeszcze raz kąpiel w jeziorku – jest cudnie.

Kolejny dzień to przede wszystkim góry i to co misie na motocyklach lubią bardziej od miodu i piwa – zakręty i widoczki. (https://maps.app.goo.gl/B3JeabwPfioJCcEL9) Góry Bałkanów mają jedne z najpiękniejszych górskich tras w Europie, do tego są jeszcze dziewicze i niemal puste. Gdy w Albanii byłem 7 lat temu,  był tu plac budowy dróg i czasem długie odcinki szutru. Dziś jest lepiej. W prawdzie Albańczycy śmieciami się nie przejmują, ale widać jak ten kraj się rozwija. Podobne góry są w Kosowie i Macedonii.

Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu na błąkanie się po tych terenach. Nawet skreśliliśmy z listy punktów do zwiedzania, zacne miasto Priezen, aby mieć więcej czasu na stolicę Macedonii Skopije. Nocleg w hotelu „Villa Alexander” dla dwóch osób w pokoju z łazienką kosztował 110 zł, a i motocykle były zabezpieczone za płotem. Fajny kraj, bo tu nawet w stolicy ceny są mega przystępne.
Pochodziliśmy po centrum miasta, przystrojonym wielkimi pomnikami, jak choinka bombkami na święta. Były też piękne uliczki ze sklepikami i Meczet Mustafy Paszy z XV wieku – największy w Macedonii.  A dla ciała pyszna obiadokolacja w tutejszej restauracji. W czasie spaceru mieliśmy okazję obserwowania wielu miejsc, gdzie gromadzą się przy stolikach liczni mężczyźni i piją herbatę, rozmawiają, grają np. w karty, ale bez piwa czy jakiegoś alkoholu. Wyobrażacie to sobie?

Macedonia to kraj, gdzie warto przyjechać na dłużej, a my już kolejnego dnia zaliczamy rejs statkiem w Wąwozie Matka i zmykamy do Bułgarii. Oczywiście nadal obowiązują drogi górskie i zacne widoki. Dziś obiad nie w stolicy, ale w małym miasteczku i przypadkowej knajpce. Kebapi – najsmaczniejsze jadło regionalne, jakie zjedliśmy na Bałkanach.

W Bułgarii docieramy do Monastyru Rylskiego, największego w tym kraju. Robi na nas duże wrażenie i jego wpis na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO nie dziwi. Piękny.

Wieczorem znajdujemy camping „7 lakes”. Okazuje się, że jest już o godzinę później niż myśleliśmy – cóż inna strefa czasowa, ale mimo, że recepcja zamknięta, jakoś udaje nam się ulokować. Rano formalności i odkrywamy, dlaczego na takim zadupiu ktoś inwestuje w camping. Za płotem mamy baseny z wodą termalną – oczywiście szybko korzystamy i w drogę.

Bułgaria w tym rejonie nie robi dobrego wrażenia. Domy posklejane z różnych materiałów, płoty rozlatujące się, pustostany, zlikwidowane fabryki, drogi dziurawe, miasta zakorkowane. No nie ciekawie.

Kolejny przystanek to Płowdiw i zwiedzenie starego miasta. Płowdiw ma kilka zabytków sięgających jeszcze czasów rzymskich. Warto zobaczyć zwłaszcza panoramę miasta ze wzgórza Nebet Tepe. To tu są najstarsze ruiny warowni i początek tego najstarszego w Bułgarii miasta. Można zobaczyć doskonale zachowane ruiny amfiteatru czy stadionu rzymskiego. Warto tu się zatrzymać, chociaż mam wrażenie, że komuniści robili, co mogli, aby to miasto po swojemu oszpecić. Tu piękne antyczne budowle sąsiadują z budynkami nijakimi, nawet „socrealizm” byłby zaszczytną ich nazwą. Po co tak? Nie wiem. Dwie godzinki spaceru szybko mijają, wsiadamy na nasze rumaki i w drogę do Turcji.

Turcja, chyba przez dwie godziny, walczyła na granicy z naszą upartą chęcią wjazdu do niej. Gdy już wydawało się, że to koniec – jeszcze raz nas cofnięto do kontroli. Ale w końcu wieczorem stajemy przed przemiłą panią w Oteliku „BULUT GAYE” w Edirne. Tu angielski czy rosyjski zupełnie nie działa, ale za to chęć porozumienia, gesty i uśmiech czynią cuda. Motocykle pospinane na ulicy pod nadzorem kamery, a my mamy pokój z łazienką, kąpiel i jeszcze jakąś godzinę, aby coś zjeść na mieście. O Edirne wiedzieliśmy tylko tyle, że to najbliższe granicy miasto w Turcji. Już w nocy okazało się, że to zacne miasteczko ma wiele miejsc wartych zobaczenia. Zwłaszcza ogromne meczety, w tym najsłynniejszy wpisany na listę UNESCO Meczet Selimiye. Nie wszystko udało się zobaczyć. Troszkę jeszcze obiegłem rano, ale Marek pogania, więc… może jeszcze kiedyś tu wrócę.

A tymczasem jedziemy do Istambułu! Tu, dzięki nocnej pomocy mojej siostry z Polski, mamy zarezerwowany nocleg w hotelu. Sami nie mogliśmy tego zrobić z Edirne, bo Turcja blokuje Booking i będąc w tym kraju nie można dokonać żadnej rezerwacji, a z zagranicy i owszem.

Znów szybka kąpiel i jedziemy do celu naszej podróży, największego kościoła z początków chrześcijaństwa na świecie. Kościoła, który rozwiązaniami architektonicznymi wyprzedzał o wieki wszystko, co się budowało. Przez setki lat kościół chrześcijański w Konstantynopolu, a później meczet islamski już w Istambule. Jedziemy do HAGII SOFII, mojego marzenia od lat technikum. Mimo porad internetowych (w tym i mylnych) i podpowiedzi tubylców, ogarniecie komunikacji miejskiej w Istambule nie jest łatwe. Ostatecznie planowany kilkunastominutowy spacer, zamienił się w dwie godziny. Nie do końca zmarnowane, bo poznaliśmy Istambuł od strony biednej dzielnicy, handlowej dzielnicy i zabytkowej. Zobaczyliśmy też wspaniały Błękitny Meczet.

Zabrakło kilku minut, aby wejść do Hagii Sofii. Cóż było robić? Kupiliśmy bilety na następny dzień (przynajmniej bez kolejki) i znów trenowaliśmy przejazd komunikacją miejską. Tym razem już z wykorzystaniem tramwaju. Wsiadasz do tramwaju na stacji Sultanahmet i jedziesz dziesięć stacji do TopKapi. Potem przechodzisz do Metrobusa (czyli takich szybkich i długich autobusów, które własnymi odgrodzonymi pasami zasuwają przez miasto omijając korki, od końca do końca) też do stacji z nazwą TopKapi i jedziesz gdzie potrzeba. Dziś już jestem mądrzejszy, bo kolejnego dnia znów z Markiem trenowaliśmy przejazdy. Ostatecznie udało się zwiedzić Hagię Sofię i jej muzeum. Cudownie jest móc spełniać swoje marzenia. Dziękuje Ci Aniele Stróżu, że tu dotarłem.

Dotarłem do kolejnego krańca Europy, bo dalej to już cieśnina Bosfor i Azja. Może kiedyś pojadę dalej. Tymczasem powróciliśmy do hotelu, zabraliśmy rzeczy i rozpoczął się czas powrotu do domu. A ponieważ Marek tęsknił za domem bardziej niż ja, po wyjechaniu z Istambułu rozdzieliliśmy się. On wracał jak najszybciej do żony, a ja naciągnąłem mojego aniołka na jeszcze kilka dni włóczenia się, głównie wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego.

Trzeci etap moich Bałkanów 2025 to samotna podróż, bez precyzyjnych planów, bez uzgodnień. Troszkę na wariata. Każda forma podróży motocyklem ma swoje zalety i wady. Lubię pielgrzymkowy czas, gdy jadę w dużej grupie, pilnuję się opony poprzednika i niewiele mnie obchodzi, co będzie za chwilę. Jestem tylko ja, Bozia, motocykl i moje myśli o życiu. Lubię jeździć w parze z kimś, z kim można wieczorem pogadać, ustalić, co robimy dalej, dogadywać się. W czasie jazdy wzajemnie się pilnować i troszczyć się o siebie. Ale jazda samemu w poczuciu pełnej wolności, bez ograniczeń i potrzeby kompromisów, to coś zupełnie innego. Samodzielne rozwiązywanie problemów chwili. Radzenie sobie samemu w obcym świecie, marnie znając języki. Taką formę podróży rozpocząłem lądując sam, na dość brudnej plaży Morza Marmara w Turcji.

Potem przejazd w poprzek europejskiej części Turcji. Kraju, który tu jawi się jako bogate państwo z niezłymi drogami i budującymi się miastami oraz przemysłem. Europejski kraj – chociaż po bałkańsku zaśmiecony.

Po kolejnych 2 godzinach oczekiwania na górskim przejściu granicznym Malko-Tarnowo, mogłem jechać dalej. Niestety szybko przyszła noc i trzeba było znaleźć sobie noclegowisko. Oczywiście na dziko, pod namiotem, w zupełnej ciemności, ale za to z tak cudownie pięknym niebem nade mną, że szok. Czułem, że żyję.

No i znów Bułgaria. Coraz lepiej wyglądające wsie i w końcu niezłe, chociaż widać, że czasy świetności mają za sobą, takie miasta jak Burgas czy Warna.

Podobnie, już w Rumunii, Konstanca to miasto, które chyba tęskni za czasami „żelaznej kurtyny”.

Kilometry płyną, czas ucieka. Odwiedzam pałac dawnej królowej, śpię pod namiotem, zajadam pyszne arbuzy i nie tylko.

No i odwiedzam najpiękniejsze w tym rejonie stare miasto Nesebyr, oczywiście też z listy UNESCO. Stare, bo podobnie jak Płowdiw, początki sięgają czasów Traków, czyli plemion żyjących tu ponad tysiąc lat przed naszą erą. W Polsce wtedy budowało się najwyżej szałasy, a o plemieniu Polan nawet wróżki nie wspominały.

 

Oczywiście, od czasu do czasu postoje na sławnych plażach: np. Słoneczny Brzeg czy Złote Pisaki. Kąpiel cudownie pobudza i dodaje energii.
Nocleg mam w oddzielnym pokoiku Hostelu Casa Cinderella, w miejscowości Costinesti, już w Rumunii. Motocykl bezpiecznie na podwórku. Wszystko za niecałą naszą stówkę.  Czas ładować powerbank i inne urządzenia, a samemu oczywiście na plażę. Późnym wieczorem jeszcze do miasta, które w tym czasie tętniło życiem, aż do porannych godzin. To nic, że to początek tygodnia.

Plaże Rumunii, a zajrzałem na większość, od dawniej legendarnej hipisowskiej wsi Vama Veche, przez plaże sąsiadujące z Mangalią, aż po Konstance, są spoko. Szerokie, piaszczyste, dużo turystów, ale miejsca jeszcze więcej. Facetom zdradzę, że zwyczaje tu nie różnią się od plaż europejskich. Niemal nie ma tu kobiet w burkach, a i topless niewiele się zdarza.

W internecie można znaleźć wiele niesprawiedliwych opinii na ich temat i w ogóle na temat Rumunii. Może po prostu przestarzałych, bo widać jak kraj ten szybko rozwija się turystycznie. Bywam w Rumuni co kilka lat i za każdym razem jestem zaskoczony.  Tu też kiedyś wrócę, a tymczasem czeka na mnie Mołdawia. Jeszcze do południa plażowanie w Costinestii i jadę.

Na północy Rumunii podziwiam bezkresne pola uprawne. Troszkę włóczę się po delcie Dunaju. Podziwiam dzikość natury w tym rejonie. Jeszcze jakże naturalnej, chociaż i tu trafiają się miejscowości nieco turystyczne.

Ostatecznie na nocleg wybieram najpiękniejsze miejsce, jakie widziałem w ostatnim czasie. Widok wart każdych pieniędzy, a zdjęcie tego nie odda. Ja mam w promocji, za darmo.

    

Rano odwiedza mnie stado owieczek z bacą, dając znak, że trzeba wstawać, śniadanie i ruszać do stolicy Mołdawii: Kiszyniowa.

W Kiszyniowie mam zarezerwowany nocleg w pensjonacie, który okazuje się nadbudową garaży i do tego próbą naciągnięcia mnie na kasę. W tym mieście można nocować nawet za darmo, tylko po opłaceniu kilkudziesięciu euro kosztów dodatkowych. Rezygnuję i szukam innego. Tu znów przygody ze znalezieniem źle podanego w Bookingu adresu i rozmyślanie: „czy to aby bezpieczna opcja?” Ostatecznie okazało się spoko, ale znalezienie spania zajęło mi prawie 3 godziny.
Zwiedzanie miasta już tylko późnym wieczorem. A muszę powiedzieć, że jak na stolicę kraju, to dziwnie ciemne, słabo oświetlone miasto. Zwłaszcza, gdy zejdziemy z głównej ulicy Stefana w jakąkolwiek boczną, nawet tę z głównym dworcem. Sytuację ratują jak zwykle młodzi ludzie, którzy i tu lubią do późna imprezować i generalnie są bardzo mili.

 

Mołdawia to kraj, jakże odmienny od Bułgarii czy Rumunii. Widać, że ludzie nie bogaci, ale zwłaszcza na wsiach dbają o swoje domy i otoczenie. Tu jest biednie, ale pomalowane, otynkowane, posprzątane.  Zadbane liczne przydrożne krzyże. Co mogą to robią.

Woda mineralna droga jak Cocacola, ale za to co kawałek, nawet na drogach ekspresowych, stoją zadbane studnie. Obok nich często krzyże, cerkiewki, czy kapliczki. Tu większość kraju nie ma wodociągów. Ale za to są winnice! W tym sławna Mileștii Mici, która ma rekord Guinnessa, jako największy zbiór win na świecie. Ponad 200 km podziemnych tuneli z winem. Część turystyczną oglądałem następnego dnia, podróżując przez godzinę  specjalnymi wagonikami z przewodniczką.

Potem podróż, najczęściej wśród bezkresnych pól słoneczników, przez centralną Mołdawię, do malutkiej wsi Trinca i zarezerwowanego tam domku „EthnoVilla”. Za 155 zł miałem sypialnię, łazienkę, kuchnię, no i pralkę! Nie miałem już sił na spacer do wąwozu, ale za to następnego dnia wszystkie ciuchy były pachnące.

Mogłem ruszać do kraju, którego w tej podróży obawiałem się najbardziej. Nawet specjalnie ustawiałem się tak, aby tam nie nocować. Ale jak pominąć szansę, może jedyną w życiu, aby zobaczyć pozostałości zamków, o których czytało się w sienkiewiczowskich powieściach? Chocim i Kamieniec Podolski przyciągają mnie do Ukrainy, jak magnes do lodówki.

 

Trudno, że na Ukrainie wojna. Zresztą pomijając widok licznych wojskowo-policyjnych posterunków czy ludzi na urlopach chodzących po mieście w mundurach z dziewczynami pod ręką i pistoletami przy pasie, to tu nic dziwnego się nie dzieje. No może raz było słychać syreny alarmu, ale nikt się specjalnie nie przejął. Tu do frontu daleko.

Za to jak nigdzie indziej ludzie pomocni. Gdy człowiek się zatrzyma i np. dłużej szuka czegoś w telefonie, to zaraz ktoś podchodzi i pyta czy może pomóc. Pytał dziadziuś, pytał rowerzysta, nawet samochód się zatrzymał. Miłe i pomocne w szukaniu drogi. A drogi od Moładawii do Kamieńca chyba najgorsze, po jakich jechałem. Co innego z Kamieńca do Rumunii – te już były równiutkie jak stół.

Po przejechaniu granicy w okolicach rumuńskiej Suczawy, pozostało mi według nawigacji 100 km i ponad 2 godziny, a tu już 20:00 i zachodzi słońce. Ale co to były za 2 godziny?! Bukowina Rumuńska: góry, zakręty, nowy asfalt i pusto na drodze (17A, 17…), a do tego strach przed nocnym poszukiwaniem zarezerwowanego noclegu. Motocykliści wiedzą, co to może znaczyć. Szaleję!

21:45 i znajduje zajazd dla motocyklistów „Pension, Camping & Biker Station zur Deutschen Eiche”. Mam tu pokoik i czas na piwko oraz odreagowanie emocji. Jest dobrze. Rano podziwiałem to miejsce stworzone z myślą o motocyklistach. Miły kontakt z właścicielką, której zostawiam na pamiątkę motocyklową gazetkę od Anusi „Oto Jestem” i ruszam dalej.

Na trasie liczne cerkwie i miejsce, które stało się jedną z bardziej znanych atrakcji turystycznych Rumuni: Wesoły Cmentarz. Cmentarz z kolorowymi, rzeźbionymi nagrobkami, pomiędzy którymi błąkało się wielu turystów, a wokół stragany jak na Krupówkach.

Jestem już nieco znużony, więc obieram kierunek przez Węgry na Słowację. Nie mam już ważnej vinietki, dlatego nawigacja prowadzi mnie z dala od autostrad, przez malutkie malownicze wioski. Czasem bardziej Wegierskie, a czasem Romskie. Oj, różnicę widać i stereotypy jak najbardziej są słuszne. Jadąc przez Węgry, widać jak ten kraj stoi w miejscu. Dawniej to marzenie turystyczne całego bloku wschodniego, dziś Rumunia, Słowacja, Polska itd. widać jak szybko się zmieniają, a tu niewiele. Ktoś powiedział, że „kto nie idzie do przodu ten się cofa”. Tak to działa.
Jadę, aż nadszedł czas szukania miejsca na nocleg. Nie jest łatwo, ale znajduję w końcu odpowiednie miejsce. Tym razem nieco jakby luksusowo, bo rano uśmiechają się do mnie świeże kwiaty. A nawet całe pole słoneczników. Ponieważ dochodzą do mnie głosy, że takie moje nocowania są niebezpieczne i w głowie nie mieszczą się licznym moim znajomym, kiedyś na blogu pojawi się tekst poświęcony mojemu wild campingowi.

Rano śniadanie i jadę dalej. Kupno Tokaju i około południa już jestem w Koszycach. Koszyce to piękne miasto, które jednak będę wspominał głównie z romskiego ślubu, którego fragment przez godzinę obserwowałem pod największą na Słowacji Katedrą Św. Elżbiety. Nie widziałem jeszcze tak obwieszonych złotem i złotymi precjozami ludzi. Nie tylko obserwowałem, ale i troszkę uczestniczyłem, bo wszystkich, którzy zebrali się wokół, częstowano ciastem i jakimś trunkiem (którego z racji obaw o prawo jazdy nie skosztowałem). Zabawa na grubo, na deptaku, w centrum miasta. Mimo zakazów, pod osłoną policji, wjechali tu 12 metrową limuzyną i kilkoma mniejszymi. A kto bogatemu zabroni?

Tymczasem pogoda się psuła i trzeba było kierować się do domu. Nie mogłem pominąć, jakże mi znanych miejsc, takich jak bardiejowski rynek (UNESCO), a szczególnie restaurację w Bardiejowie Sabaraca. Ach, te knedliki z gulaszem!

Wieczorem jestem już w Polsce, nad rzeką Poprad, w Żegiestowie. Spotykam tu kilku turystów z Radomia, którzy częstują mnie napojem z cytryną i z czymś jeszcze, co decyduje ostatecznie, że mimo zapowiadanych deszczy, nocuję tu pod namiotem.

Rano obieram, podobno widokową trasę, przez Limanową do Krakowa. Kto tu wcześniej był wie, że widoki są wyjątkowe. Musimy uwierzyć na słowo, bo na zdjęciu wyszło jak wyszło. Taki klimat…

Po trzech tygodniach podróży wróciłem do punktu oficjalnego startu. Dziękuję wszystkim, którzy mi czasem towarzyszyli, a szczególnie Aniołkowi Stróżowi i Bogu Miłosiernemu. Kolejna podróż mojego życia i to bez komplikacji. Jest za co dziękować.

Po Mszy Świętej w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, zapiekanki w Skawinie i powrót do domu. Przejechane niecałe 7 tyś kilometrów, zdarta do końca tylna opona i kolejne moje buty trafią do kosza.

Mam tyle wspomnień, których nie jestem w stanie tu zmieścić. Jestem naprawdę szczęśliwy, czego i Wam życzę.