Alpy’2026

Zdrowie, motocykl, przyjaciele, czas i pieniądze to wszystko co człowiek potrzebuje, aby móc przeżyć wspaniałą podróż w dowolne miejsce. A jeżeli tym miejscem są przepiękne drogi Alp, to już luksus i wrażenia nie do zapomnienia.

Tym razem podróż rozpocząłem samotnie, rozkoszując się pięknem południa Polski i północy Czech. Pierwszy nocleg, wypadł pod namiotem, gdzieś za Pragą.

Następny dzień to przepiękne tereny Zachodnich Czech z zamkami Karlstejn, Křivoklát i kilkoma innym, do których środka niestety nie miałem czasu zajrzeć. Spieszyłem się na nocleg u kuzynki w Ratyzbonie.

Trzeci dzień rozpoczął spacer po Ratyzbonie i spokojny przejazd przez środek Niemiec w okolice Augsburga, do drugiej kuzynki. Podróż w poprzek Niemiec, połączona z podtrzymywaniem relacji rodzinnych.

Czwartego dnia z rana odwiedzam Ulm i Stuttgart, aby w południe spotkać się z moją grupą motocyklową na małej stacji w miasteczku Etlingen. Oni dotarli tu w dwa dni autostradami, ja 4 dni błąkałem się po dróżkach Czech i Niemiec.

Dalej to podróż z nimi i zarazem niemal wyłączenie mojego mózgu turystycznego. Wiem, że jechaliśmy gdzieś przez Szwajcarię do Francji, aż do Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim. Tu nocujemy.  A ja jeszcze zdążam wcześnie rano zwiedzić to miasteczko.

W końcu, około 9, wyruszamy na słynną „Drogę Wielkich Alp”  (https://lifewelove.com/pl/droga-wielkich-alp/).  Przed nami kilkanaście przełęczy alpejskich, a że Marek trasę nam zmodyfikował, to nawet więcej.

Zachwycające widoki, zakręty, góry, wąwozy, emocje, adrenalina, to to czym żyłem przez następne dni. Nie potrafię wymienić wszystkich przełęczy czy miasteczek. Były wspaniałe i różnorodne. Ilość górskich zakrętów znacznie przewyższyła moje oczekiwania. Domknąłem i niemal zdarłem nową tylną oponę.

 

Jechaliśmy po drogach, którymi kilka dni wcześniej jeździli kolarze Tour de France oraz wieloma innymi. Byliśmy w miasteczkach sławnych z zimowych zawodów sportowych.

 

Czasem bałem się spojrzeć w bok na wąskich i krętych ulicach, nad przepaściami. Tu każdy błąd motocyklisty mógł wiele kosztować. Sławne trasy balkonowe zapierały dech w piersiach.

Byliśmy na najwyżej poprowadzonej drodze Europy, ze szczytem na wysokości 2800 metrów.

Bywało, że jedliśmy posiłki na kamieniach czy ławeczkach górskich parkingów czy polan. Tu szacun zwłaszcza dla Wacka.

Moczyliśmy nogi w rzece, na dnie czerwonego kanionu, chyba Daluis

Znosiliśmy temperatury rzędu 40 stopni. Nikt nie odpuszczał, a każdy zakręt i przełęcz cieszyły ogromnie.   Nie zmieniła tego nawet opuchlizna i ból skręconej kostki, w wyniku tańca z Francuzką na festynie w małej górskiej wiosce. Tam dwie noce nocowaliśmy, zachwyceni gościnnością mieszkańców. Pamiątka bolącej kostki pozostała na wiele tygodni.

Droga Wielkich Alp kończy się w Menton na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Dotarliśmy tam po kilku dniach, aby zrobić sobie zdjęcie przy pamiątkowej płycie i poszukać spokojnego miejsca na nocleg.

Ja jeszcze sam, przed wieczorem, „zaliczyłem” odwiedziny w Monaco. Śpimy już po włoskiej stronie granicy.

Morze i słońce, cudownie czyste i ciepłe, zatrzymało nas na cały dodatkowy dzień.  Żal, że tylko tyle mieliśmy czasu. Musimy kierować się w stronę Polski.

Jedziemy gdzieś przez włoskie Alpy, przez pola i miasteczka. Odwiedzamy kilka miejsc znaczących dla naszej wiary. Turyn z Całunem Turyńskim, Sotto il Monte gdzie urodził się papież Jan XXIII, byliśmy w domu rodzinnym Don Bosco, modliliśmy się przy relikwiach świętego Augustyna i wielu innych świętych.

Gdy jeździsz w grupie z trzema księżmi, masz przywilej, że Msze Święte codziennie odprawiane są blisko twego miejsca noclegowego, a wieczorem możesz podyskutować sobie o zawiłościach katechizmu.

Dla mnie, grzesznika, to wyjątkowy przywilej, bo nie tylko samą jazdą na motocyklu i dobrym francuskim lub włoskim jedzeniem człowiek żyje (o winie czy piwnie nie wspomnę). Fajnie być w takiej różnorodnej grupie i móc pogadać o motocyklach, o kościele, o budownictwie, o podatkach, o życiu…

Jeszcze kąpiel w Jeziorze Garda i niezwykły kościół wykuty w skale Santa Maria dela Corona.

 

Po kolejnych dwóch dniach rozdzielamy się. Ja mam jeszcze czas, więc udaję się do Berchtesgaden, niemieckiej kwatery Hitlera. Reszta ekipy wraca szybciej do Polski.

Kwatera Hitlera została wybudowana w pięknym miejscu. Tylko, że gdy człowiek ma za sobą prawie dwa tygodnie jazdy, przejechał tyle kilometrów i widział tyle wspaniałych widoków, to już trudno mu się zachwycać. Wieczorem uciekam z tego miejsca przed deszczem, kierując się w stronę południowych Czech. Znów nocleg pod namiotem, gdzieś w lesie, jeszcze na terenie Niemiec.

Kolejne dwa dni zajęła mi jazda przez południowe Czechy. Zwiedziłem zamek Horsovsky Tyn.

Pospacerowałem po Pilznie i Brnie. Byłem w przepięknych miasteczkach Tabor i Trebic. Często jeździmy na wycieczki do Pragi, chociaż Czechy to też wiele innych niezwykle urokliwych miejsc, o których w Polsce się nie słyszy. Dziesiątki zamków i pałacy.

Ostatnim fajnym odwiedzonym miejscem był Słowacki Trencin z niezwykle urokliwym miastem na wzgórzu. Pochodziłem tam sobie jako ostatni klient tego dnia.

Słońce powoli zachodziło. Już późnym wieczorem, postanowiłem jednak nie nocować na Słowacji, tylko wracać do domu. Wróciłem kilka minut przed północą, cały (nie licząc kostki) i szczęśliwy.

Podsumowując: bez wątpienia, była to najpiękniejsza podróż mojego dotychczasowego życia. Dziękuję wszystkim, których spotkałem lub wręcz towarzyszyli mi w drodze.  Bez Was nie byłoby tak fajnie.

Jak zwykle dziękuje mojemu Aniołkowi Stróżowi za Was i za opiekę, i za całą trasę jaką mnie poprowadził. Co roku, od kilku lat, wydaje mi się, że ta miniona właśnie podróż, to była podróż mojego życia. Tak miałem po powrocie z Rzymu, a potem z Portugali, z Grecji, w poprzednim roku z objazdu całych Bałkanów. Tak mam teraz. Trudno mi już wyobrazić sobie czym miałbym przebić tę alpejską podróż. Było idealnie.

A…, i dziękuję mojej TDMce – jak zwykle bezawaryjnej. Jedynej kobiecie mego życia, która spełnia moje zachcianki bez gadania, bez zwłoki, niezawodnie i daje mi tyle przyjemności.