Sauna jak moje marzenie, II-III 2024

Sauna to marzenie, jakie kiełkowało u mnie wiele lat, a szczególną moc nabrało podczas mojej podróży po krajach nadbałtyckich. W Estonii to niemal standard wyposażenia, gdy ma się własny domek. I ja też chcę…, więc sobie zbudowałem. Do budowy wykorzystałem nieco materiałów, jakie znalazłem wokół domu, troszkę podpatrzonych pomysłów i własne ręce (syna też).

Sauna stoi sobie na puzzlach, które odzyskałem po przekształceniach mojego ogródka. Dobrze utwardzone, wiec mam nadzieję, że mimo, iż nie jest to stabilny fundament, swoją rolę, jako podstawa budowli spełni. Przygotowanie tego miejsca rozpoczęliśmy już rok temu od usunięcia rosnących tam tuji i zbudowania placyku. W tym roku, wykorzystując wyjątkowo ciepły luty, razem z synem Grzegorzem zrobiliśmy konstrukcję nośną ścian i dachu z desek 32 mm grubości, jakie zostały mi po budowie domu. Ściany szkieletowe wzorowane na budownictwie, które możemy zobaczyć np. w Kandzie czy zimnych krajach pólnocy.

Od środka boazeria ze świerku skandynawskiego grubości 19mm, więc solidna. Przywieziona z Estonii, bo tam rośnie on mniej żywiczny i bardziej rekomendowany do saun niż ten nasz rodzimy. Dużo wysiłku kosztowało jednak wybieranie odpowiedniej jakości fragmentów desek, aby uniknąć np. wypadających sęków, którymi charakteryzuje się tego gatunku drewno. W zamian pojawił się pomysł ułożenia na dwóch ścianach boazerii w tzw. „jodełkę”. Wyszło ładnie. 

Dodam, że syn Grzegorz ponacinał każdą deskę od tyłu, czym osłabił tendencję pękania i krzywienia desek. Jak to będzie podczas użytkowania zobaczymy.

Osateczny wygląd boazeria zyskała dzięki opalaniu desek palnikiem, co uwidoczniło słoje i podobno dodatkowo zwiększyło odporność drewna np. na ogień czy zabrudzenia. Jest to znany w górach zabieg stosowany na surowym drewnie dla zwiększenia jego trwałości  bez używania chemii.

Za boazerią jest folia paroizolacyjna i dalej wypełnienie ścian, a zarazem izolacja termiczna, którą pełni wełna mineralna. Na ścianach średnio 10 cm, a na suficie 15 cm grubości.

Od zewnątrz folia dachowa paroprzepuszczalna i okładzina z PCV drewnopodobna. Kupiłem taką raczej wysokiej jakości, aby przez lata nie musieć tego konserwować, czy martwić się o trwałość sauny. Wygląda moim zdaniem ładnie i solidnie.

Dach. Dach ma konstrukcję podobną do ścian, tylko, że jest grubszy i bardziej izolacyjny. Zabezpieczenie od deszczu to blacha trapezowa, której kawałki odkupiłem. Aby ujednolicić kolor i dodatkowo zabezpieczyć Grześ pomalował ją na kolor czerwony, co dodatkowo wydłuży jej trwałość.

Źródłem ciepła będzie mój stary piecyk – „koza”. Obudowany cegłami klinkierowymi. Ustawiony tak, że dostęp do paleniska jest od zewnątrz, a rura dymowa wychodzi w środku sauny i dalej prowadzi przez ścianę na zewnątrz. Obawiając się o bezpieczeństwo wszystkie najbardziej narażone na ciepło miejsca zabezpieczyłem blachą. Mam nadzieję, że te rozwiązania się sprawdzą. Martwi mnie jedynie pytanie: czy da to tyle ciepła ile potrzeba?

Tym bardziej, gdy drzwi są wykonane z dużej tafli szkła, które raczej nie jest zbyt termoizolacyjne. Ale takie drzwi zapewnią mi widok na ogród wtedy, gdy będę się wygrzewał. Zwłaszcza w czasie śnieżnej zimy, będę miał cudny widoczek.

Siedziska są wykonane z listew osikowych, czyli wyjątkowego drewna, które nie nagrzewa się tak jak inne gatunki i do tego praktycznie nie zawiera żywicy. Sprowadziłem go z wielkopolskiego Kórnika. Troszkę pracy przy montażu sobie narzuciem ukrywając śruby w głębi otworów i zaklejając dziury kołkami. Śruby byłyby narażone na rdzewienie i pewnie parzyłyby w tyłek, a tak w saunie praktycznie widać tylko drewno.

Jednym z ostatnich etapów budowy było oświetlenie. Umyślałem sobie podświetlenie ławeczek taśmą LED wielokolorową w specjalnych korytkach. Efekt jakoś nie powalił mnie na kolana i nie wiem czy tak to zostanie na długo. Pomyśle.

I tak to powolutku, w ramach przedwiosennej nudy, zbudowaliśmy sobie saunę. Wymaga jeszcze budowy przyłącza elektrycznego i może doprowadzenia wody. Muszę kupić kilka akcesoriów typowo saunowych. Pewnie w praktyce wyjdą rzeczy do poprawki. Coś się udoskonali. Ale na dzień dzisiejszy jestem szczęśliwy, bo wczoraj po raz pierwszy wygrzałem sobie w niej swój tyłek. Wypociłem nieco świątecznych kalorii. Wow! Spełniłem jedno ze swoich marzeń w pierwszy dzień Świąt Wielkiejnocy. Taki prezencik na resztę życia. W końcu, gdy się ma pół wieku za sobą, czas na spełnianie swoich zachcianek, bo kiedy jak nie teraz?